Święto, które łączy Polaków
Nie jest tajemnicą, że jesteśmy narodem skłonnym do kłótni i potrafimy stworzyć między sobą mury w wielu dziedzinach, ale niedawno dotarło do mnie, że istnieje jednak święto, które nas łączy ponad podziałami, a mianowicie Tłusty Czwartek.
Tutaj nie ma kłótni o sposób interpretacji wydarzenia historycznego, nie ma dyskusji pomiędzy politykami o to, kto przywłaszczył sobie prawo do świętowania takiej czy innej rocznicy, nie ma sporu o to czy coś jest tradycją, religijnym rytuałem, kiczowatym świętem zza oceanu czy zwykłym zabobonem. Tutaj jest czysty, lukrowany konsumpcjonizm sprowadzony do rywalizacji o liczbę zjedzonych tego dnia owalnych smakołyków.
Oczywiście, ktoś kto lubi szukać dziury w całym tak jak ja, zaraz wymieni zagadnienia, które nas podzielą nawet w taki dzień. Jedni zwrócą uwagę na wyraźny podział między miłośników pączków i faworków, drudzy pójdą dalej i słusznie zauważą, że nawet o faworki można się pokłócić, bo jeden woli cienkie „chrusty”, a drugi przyzwyczajony jest do puszystych wersji na bazie ciasta drożdżowego. Kolejna osoba może zrobić awanturę o nadzienie pączków, bo część woli klasykę z konfiturą z róży, inni pączki z adwokatem, a jeszcze inni z czekoladą, pistacją i kto wie z czym tam jeszcze. Płaszczyzna sporu wydaje się dawać nam bardzo szerokie pole do popisu, ale ponieważ jesteśmy jednocześnie narodem łasuchów, to wyjątkowo w tej dziedzinie udało się nam wypracować konsensus.
A jak to było u mnie w tym roku?
Szczerze mówiąc, wyglądało to w tym roku średnio. Zazwyczaj gdy jesteś pracownikiem biurowym Tłusty Czwartek świętuje się najlepiej w pracy, gdy przełożony przyniesie kilka pudełek smakołyków do biura. Wszyscy porzucają wtedy na chwilę swoje obowiązki i zaczynają się luźniejsze pogawędki na tak zwanym open space’ie albo w jakiejś salce konferencyjnej, ale ponieważ obecnie wszyscy jesteśmy zawaleni robotą, to przerwy jako takiej nie robiliśmy i jedliśmy wypieki popijając je kawą przy swoich biurkach. Dzisiejszy dzień był też wyjątkowo hałaśliwy, bo prawie każdy z nas odbierał co chwilę telefony, więc dominowało w mojej głowie poczucie wszechogarniającego mnie chaosu i raczej tak ten dzień zapamiętam.
Tak jak zapamiętam fakt, że tuż po godzinie 16-tej nie było już w mojej ulubionej piekarni w Redzie pączków z nadzieniem różanym i musiałam zadowolić się wypiekami z nadzieniem o smaku śliwkowym, pistacjowym i o smaku karpatki. Dzień święty trzeba w końcu święcić. Bez wymówek.

No i tak w ramach ciekawostek, ponieważ wczoraj dotarł do mnie „nowy”, a właściwie stary nabytek, czyli radziecki obiektyw manualny Helios 44M-4 2/58, to postanowiłam przetestować go na talerzyku z zakupionymi wypiekami. Myślę, że to szkiełko pokaże prawdziwy pazur, gdy wyjdę z nim w teren, ale już na powyższej fotografii widać, że ma potencjał, nawet w rękach takiego amatora jak ja.
Jakiś czas temu, zaczęłam też trochę czytać o naszych polskich tradycjach i zwyczajach, które odchodzą pomału w zapomnienie. Szukałam w literaturze informacji o genezie Tłustego Czwartku i jak zwykle okazało się, że to kolejne święto wywodzące się z jakiegoś rzymskiego dnia obżarstwa i pijaństwa, co mnie w ogóle nie zdziwiło, ale za to po raz pierwszy zetknęłam się z pojęciem Combrowego Czwartku.
Stwierdziłam ostatecznie, że nie będę kombinować i zacytuję na koniec, dla zainteresowanych, fragment książki „Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne” napisanej przez polską etnografkę, panią Barbarę Ogrodowską, która opisuje ten zwyczaj w dość przystępny i ciekawy sposób. Bardzo polecam tę lekturę i całą serię „Ocalić od zapomnienia” przygotowaną przez wydawnictwo MUZA. Szczególnie tym, którzy interesują się polskimi tradycjami oraz zwyczajami, które odchodzą pomału w zapomnienie…
Combrowy Czwartek
W przeszłości tłusty, Combrowy Czwartek był dniem zabaw kobiecych. Celowały w nich zwłaszcza przekupki krakowskie. Legenda głosi, że ostatni czwartek karnawału wziął swą nazwę od nazwiska żyjącego w XVII wieku krakowskiego wójta Combra, złego i surowego dla kobiet, prześladującego zwłaszcza przekupki, rozstawiające swe kramy i handlujące na krakowskim rynku.
W rocznicę śmierci wójta (rzekomo w tłusty czwartek) krakowskie kramarki, a także służące, wyrobnice i inne kobiety niskiego stanu urządzały sobie wielką zabawę. Z czasem stała się ona dorocznym zwyczajem krakowskim. Kobiety wybierały spośród siebie marszałkową, dzieliły się na grupy zwane rotami, za składkowe pieniądze kupowały gorzałkę i umawiały muzykantów i – za krzywdy i poniewierkę, jakich niegdyś doznawały od wójta Combra – brały odwet na wszystkich przechodzących przez rynek mężczyznach, a zwłaszcza nieżonatych. Kazały ciągnąć im kloc drewna za to, że wywinęli się od małżeńskich obowiązków, ściągały z nich futra i szuby, stroiły – na pośmiewisko – w słomiane wieńce, a nawet ciągały po rynku, zmuszając do tańca i nieprzystojnych podskoków najpoważniejszych nawet mieszczan krakowskich. Trwało to tak długo, aż napastowani mężczyźni wykupili się brzęczącą monetą.
W Radomskiem natomiast stateczne gospodynie urządzały sobie w tłusty czwartek biesiadę, robiły podczas niej kukłę słomianą zwaną mięsopustem i następnie chodziły z nią od domu do domu, wypraszając datki od panien i dopiero co zaślubionych, młodych mężatek. Zabawa ta zaniechana została na przełomie XIX i XX wieku.

Podsumowując, można śmiało powiedzieć, że mężczyźni mieli zawsze ciężki żywot z kobietami w Tłusty Czwartek. Nawet wtedy, gdy to specyficzne święto nie wypadało dzień przed piątkiem trzynastego i dwa dni przed Walentynkami.
Udanego weekendu, panowie.
Dodaj komentarz