„Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi.
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni.
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis.
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty.
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!”─ Marek Grechuta
No i przyszła w promieniach słońca szybciej niż się spodziewałam. Co prawda od wczoraj zrobiło się już pochmurno i deszczowo, ale wiele ostatnich dni charakteryzowała nadspodziewanie piękna pogoda, co starałam się wykorzystywać w miarę moich ograniczonych możliwości, pomimo natłoku obowiązków wynikających między innymi z powodu zbliżającej się u mnie „przerwy od pracy”.
Pewnie niedługo wrócę do tych zaległych eskapad i krótko je opiszę, ale dziś mogę ogłosić, że wiosna zagościła wreszcie na Pomorzu i nie zmienią już tego nawet prognozowane przymrozki.
Gdy odwiedziłam w sobotnie popołudnie rodziców, od razu poszłam rozejrzeć się do ogrodu zobaczyć, co się tam obecnie dzieje, a działo się całkiem sporo!
Przebiśniegi i krokusy zaczęły już tworzyć większe kępki. Ojciec przyznał mi, że krokusy rozkwitły dopiero kilka dni wcześniej, a śnieg stopniał dopiero w ubiegłym tygodniu. Jednocześnie śmiał się ze mnie patrząc jak prawie kładę się na trawniku próbując sfotografować kwiatki z lepszej perspektywy, tak, żeby jednocześnie żadnego z nich nie uszkodzić.



Widać też już wiele pąków na drzewach i krzewach. Zarówno nasza młoda magnolia, rododendrony jak i bzy coraz odważniej pokrywają się zalążkami kwiatów i liści wyczuwając ciepło i coraz silniejsze promienie słońca. Sama zaczynam mieć więcej chęci do życia, patrząc jak się znowu rozwijają. Wiosna to moja ulubiona pora roku, choć wolę jej późniejszą, kwietniowo-majową-odmianę.


Po obiedzie zaproponowałam jeszcze siostrze krótki spacer po okolicy. Byłam ciekawa, czy uda mi się jeszcze znaleźć na obrzeżach miasta miejsca, gdzie można znaleźć dziko rosnące wierzby i sfotografować bazie, które nie zginęły jeszcze połamane w rękach przechodniów.
Szczęśliwie są jeszcze takie rejony w moim rodzinnym mieście, choć z roku na rok jest ich coraz mniej. Obszary, gdzie kiedyś zbieraliśmy wierzbowe gałązki pokrywają obecnie zabudowania wielorodzinne, choć jeszcze w czasach młodości mojego taty, tereny te pokryte były torfowiskami lub zalane były po prostu wodą. Pamiętam jak ojciec wspominał mi kiedyś, że w miejscu zabudowań mijanych przez nas podczas spaceru, on chodził „za dzieciaka” na łyżwy, więc nie był to kiedyś obszar poważnie rozważany pod zabudowę. Ot, ciekawostka.



Gdy słońce zaczynało się już skrywać za chmurami, schowałam aparat do plecaka i zawróciłyśmy do domu mijając jedno z niedokończonych osiedli mieszkaniowych na końcu miasta. Było w tym obrazku coś strasznie przygnębiającego, bo szybko zdałam sobie sprawę, że za taką niedokończoną inwestycją z oknami zabitymi deskami, kryje się często czyjaś tragedia i niespełnione marzenie. Pamiętam jak sześć lat temu sama oglądałam jak moje mieszkanie wyrasta „od zera z ziemi” i mam również w pamięci z jaką trwogą modliłam się, żeby budowa zakończyła się powodzeniem. Do dziś jestem wdzięczna, że wszystko odbyło się bez jakichś większych komplikacji i mogę mieszkać w Redzie w ciszy i spokoju. Czasami naprawdę nie doceniam tego co mam i takie sytuacje bywają dla mnie jak kubeł zimnej wody na moją marudną, wiecznie niezadowoloną głowę.
To banał, ale nic nie jest nam dane na zawsze i nie na wszystko w życiu mamy wpływ, dlatego trzeba cieszyć się zawsze z tego, co mamy. Zwłaszcza w tak niepewnych czasach, w jakich przyszło nam żyć. Tak refleksyjnie…

Dodaj komentarz