Bardzo szybko przypomniałam sobie, za co nie znoszę pogody u schyłku zimy. Wraz z odwilżą pojawiła się w moim otoczeniu epidemia grypy, natomiast ja cierpiałam przez ostatnie dni na okropne zapalenie zatok i funkcjonowałam w pracy na oparach. Zapchany nos i przytkane ucho spowodowało, że nie miałam ochoty na wycieczki ani pisanie elokwentnych treści w Internecie. Miałam jedynie ochotę zawinąć się w rulon jak naleśnik i na jakiś czas zapaść w zimowy sen ukrywając się w moim domowym barłogu przed światem.
W ubiegły czwartek moja szefowa popatrzyła na mnie z mieszaniną troski i strachu, po czym oświadczyła, że ma dosyć słuchania jak kaszlę zarażając współpracowników i nakazała mi zostać w piątek na pracy zdalnej. Może nawet sama zaproponowałabym to nieco szybciej, ale zależało mi, żeby zamknąć ważną sprawę do piątku, a bez omówienia tego z kilkoma osobami w biurze, nie poszłoby to tak sprawnie. Wbrew pozorom nie zawsze lubię pracować z domu, bo wytrąca mnie to całkowicie z codziennego rytmu i rozleniwia, ale ponieważ faktycznie nie czułam się w tym tygodniu najlepiej, ucieszyłam się, że ta propozycja wyszła z jej strony. Mogłam czuć się rozgrzeszona. Można powiedzieć, że dobrze się stało, bo mogłam też dzięki temu bez wyrzutów sumienia obejrzeć przed snem nowe odcinki Bridgertonów na Netflixie kładąc się spać w czwartek później niż zazwyczaj. Ot, babski punkt widzenia.
Pogoda w weekend zrobiła się za to ku mojej rozpaczy cudowna, ale niestety mój stan zdrowia spowodował, że oglądanie początku meteorologicznej wiosny musiałam ograniczyć do podziwiania widoków z balkonowego okna. Właściwie to ja byłam innego zdania i chciałam nawet w sobotę ruszyć na jakiś spacer, ale Daniel skutecznie wybił mi to z głowy i kazał „wyleżeć” chorobę pod stertą pledów. Chyba jednak miał trochę racji, bo tego dnia obudziłam się dopiero koło 12:00, a mimo to zdrzemnęłam się znowu na kilka godzin w środku dnia, co kompletnie nie jest w moim stylu. Ostatecznie cały ten dzień przebiegał dla mnie w tak sennej, leniwej atmosferze, że informacje o ataku USA i Izraela na Iran dotarły do mnie tak naprawdę dopiero późnym popołudniem. Wieczorem nadrabiałam więc informacje w tym zakresie i patrząc na filmy obrazujące efekty uderzeń irańskich dronów na lotnisko w Dubaju, zaczęłam się jednocześnie zastanawiać jak wróci do pracy mój kolega spędzający teraz wraz ze znajomymi urlop w Tajlandii. Zobaczymy, co czas pokaże.
Na ten moment pewne jest tylko to, że żyjemy w bardzo niespokojnych czasach, choć mam wrażenie, że w pewnym stopniu zdążyliśmy do tego przywyknąć, a przynajmniej łatwiej jest nam to tolerować, dopóki wszystko dzieje się „za naszym płotem”. Jeśli interesujemy się za to chińskim horoskopem, to można też śmiało powiedzieć, że weszliśmy, a właściwie wjechaliśmy w nowy, chiński rok ognistego konia na pełnym galopie, dlatego trzymajmy się wszyscy mocno w siodle, bo to moim zdaniem dopiero początek tej szalonej jazdy w 2026 roku.
Dodaj komentarz