Motława zamarzła i dzięki temu od razu znalazła się w centrum zainteresowania okolicznych mieszkańców oraz turystów. Tradycyjnie, jak to już bywa w naszym pięknym kraju, sytuacja na rzece stworzyła podział na dwa wrogie obozy. Pierwsza grupa uznała w pewnym momencie, że niskie temperatury utrzymujące się przez dłuższy czas wystarczyły, żeby móc bezpiecznie poruszać się po tafli lodu, natomiast druga grupa stanęła na stanowisku, że to skrajnie nieodpowiedzialne chodzić po zamarzniętej rzece dorzucając do tego argument, że potencjalna akcja ratownicza pochłonie środki finansowe i zajmie czas ratowników.
A jak było ze mną? Jeszcze dwa tygodnie temu, sama należałam do grupy drugiej i krytykowałam śmiałków chodzących po lodzie, ale z biegiem czasu, mój sceptycyzm malał proporcjonalnie do spadających temperatur. Słuchając co chwilę nowych komunikatów o rosnącej grubości lodu i widząc zdjęcia coraz większych tłumów spacerujących po rzece, zaczęłam się zastanawiać czy nie warto wykorzystać tej sytuacji, bo następne zlodowacenie w okolicach Gdańska może nie pojawić się zbyt szybko…
Ostatecznie po weekendzie ze znacznymi, ujemnymi temperaturami postanowiłam zaryzykować. W poniedziałkowy wieczór spakowałam do plecaka aparat fotograficzny oraz raczki, a już we wtorek po pracy udałam się nad Motławę razem z resztą nieodpowiedzialnych spacerowiczów i fotografów-amatorów.
Na miejscu przestało mnie dziwić, dlaczego służby próbowały zabronić wejścia na lód. Na Motławie było pełno ludzi: spacerowiczy, łyżwiarzy, wędkarzy a nawet rowerzystów… Największe tłumy okupowały „Sołdka”. Większość przechodniów próbowała robić sobie pamiątkowe zdjęcia na tle statku, a Ci mniej bojaźliwi ustawiali się tuż przy jego kadłubie, przez co trudno było zrobić mi zdjęcie statku bez osób postronnych w centrum kadru.
Co prawda, zabrałam ze sobą kilka obiektywów do plecaka, ale ostatecznie mój spacer z aparatem zakończyłam wykorzystując tylko jeden. Mroźne powietrze bardzo szybko odbierało mi czucie w palcach i zmiana szkła w takich warunkach nie byłaby zbyt komfortowa. Zależało mi jednak na pokazaniu szerszej perspektywy, dlatego skupiłam się na wykorzystywaniu obiektywu typu „rybie oko”.
Zanim dotarł do mnie Daniel minęło sporo czasu, ponieważ urwałam się szybciej z pracy, żeby zdążyć porobić trochę zdjęć zanim zacznie zachodzić słońce. Udało mi się bez problemu zejść samodzielnie na lód w okolicy przeprawy promowej przy Rybackim Pobrzeżu na wysokości hotelu Hilton, zgodnie z sugestią koleżanki z pracy, która zrobiła sobie taki spacer kilka dni wcześniej. Po założeniu raczków nie miałam żadnych problemów z poruszaniem się po lodzie, dlatego dzielnie ruszyłam przez środek rzeki w okolice, gdzie zacumowany był Sołdek, a potem dalej, pod kładką Św. Ducha aż do statku pirackiego „Czarna Perła” robiąc po drodze sporo zdjęć. Po dotarciu do niego, zawróciłam skupiając więcej uwagi na otaczających mnie ludziach.
A ludzi było tego dnia sporo z racji pięknej pogody. Mijało mnie sporo łyżwiarzy, a gdy na lodzie pojawiał się jakiś wędkarz i zaczynał wiercić otwór w lodzie, od razu zaczynał go otaczać wianek ciekawskich spacerowiczów dopytujących o grubość lodu. Najciekawszą osobą jaką mijałam był łyżwiarz jeżdżący po rzece z gitarą w rękach. Zastanawiałam się, czy gra dla własnej przyjemności, czy to jego forma zarobku, ale nie widziałam, żeby zbierał pieniądze, więc prawdopodobnie miał po prostu taką fantazję. Zdziwił mnie też widok rowerzysty na rowerze elektrycznym, który robił sobie potem pamiątkowe zdjęcie pod kilem „Sołdka”, gdy oczekiwałam aż tłum pod statkiem trochę zmaleje, żeby zrobić kilka nowych ujęć moją lustrzanką. Po jakimś czasie dotarł do mnie Daniel z kawą na rozgrzanie. To był już ten moment, gdy konsekwencje mojego hobby robiły się coraz bardziej uciążliwe, bo pomału przestawałam czuć palce u rąk. Postanowiliśmy razem przejść się jeszcze raz od zabytkowego rudowęglowca aż do „Pirata” robiąc sobie nawzajem pamiątkowe zdjęcia i ostatecznie zdecydowaliśmy wrócić na brzeg w rejonie przeprawy promowej przy Zielonym Moście. Był to już najlepszy czas do powrotu, bo przemarzłam już tak mocno, że przestałam czuć również palce u stóp, a brak czucia w rękach doskwierał mi tak mocno, że nie byłam w stanie samodzielnie zdjąć raczków z butów.
Po tym wszystkim, zdecydowaliśmy się na posiłek w Mc Donaldzie usytuowanym przy Forum Gdańsk, gdzie udało nam się rozgrzać i dojść do siebie po tym mroźnym spacerze. Uważam, że te drobne niedogodności to mała cena, za możliwość zobaczenia Gdańska z tak niecodziennej perspektywy. Wracałam wieczorem do domu przeszczęśliwa, że jednak się zdecydowałam i weszłam na lód, a do tego udokumentowałam to niecodzienne zjawisko na zdjęciach, które ze mną zostaną i będą mi o tym przypominać.
Poniżej dzielę się kilkoma fotografiami z dumą. Pierwszy raz od bardzo dawna, czuję, że będę mile wspominać ten okres zimowy. Rok 2026 zaczyna się dobrze i ewidentnie próbuje zapaść mi w pamięć w pozytywny sposób. Jest pięknie.





Dodaj komentarz