Dokładnie tydzień temu spotkałam się z koleżankami z poprzedniej pracy. Spotkanie było dla mnie osobliwe, bo pierwszy raz umówiłam się z kimś na mieście w porze śniadania, a nasz wybór padł na piekarnię Pokusa Bakery w Gdyni, która była w niedzielę czynna już od 10:00. Tego dnia ruch na mieście był spory z powodu niedzieli handlowej oraz 34. finału WOŚP, więc miałyśmy szczęście, że znalazłyśmy w ogóle miejsce do siedzenia w trójkę, biorąc pod uwagę, że lokal jest stosunkowo mały i wydawał się dosyć popularny wśród mieszkańców. Trudno było się jednak dziwić, skoro koleżanka sama wypatrzyła to miejsce szukając go wśród popularnych kawiarni na Instagramie…

Samo spotkanie aż tak długie nie było, bo jedna z koleżanek jako mama dwójki małych dzieci, musiała dosyć szybko uciekać, ale udało nam się poruszyć wiele kwestii, od plotek ze starego miejsca pracy, po moje opowieści z nowego, wspomnienia barwnych postaci, z którymi pracowałyśmy w przeszłości, opowieści o zmianach w naszym życiu osobistym, planach i perspektywach na przyszłość.

Na koniec, gdy jedna z koleżanek już miała uciekać, druga zaproponowała wspólny spacer, na co odparłam, że bardzo chętnie, chociaż mam tego dnia w planach krótką sesję zdjęciową po mieście. Postanowiłam wykorzystać okazję. Skoro przyjechałam samochodem do Gdyni i zapłaciłam kilkadziesiąt złotych za parkowanie na Śródmieściu, to czemu nie przejść się z aparatem po okolicy? Zastanawiałam się tylko, czy da radę ze mną chodzić, bo było strasznie zimno i dosyć wietrznie tego dnia, ale nie oponowała, najprawdopodobniej z braku wyobrażenia jak takie chodzenia za fotografem-amatorem wygląda…

Druga koleżanka zbiła mnie za to z pantałyku mówiąc, że mi zazdrości. Zdziwiłam się szczerze, bo kompletnie nie rozumiałam o co jej chodzi. Przyznała wtedy, że nie ma co prawda czasu utrzymywać ze mną kontaktu, jak i z wieloma innymi osobami, ale przegląda moje wpisy na mediach społecznościowych i zazdrości mi, że umiem spędzać ciekawie wolny czas, bo ona ani nie ma go tyle co ja, ani nie ma takich pomysłów jak ja. Ja z kolei zawsze uważałam, że moje życie jest po prostu do bólu nudne i monotonne. Ograniczony czas na własne hobby z powodu dojazdów do pracy, brak własnej rodziny, konserwatywne podejście do wielu spraw, trochę staromodny styl życia oraz ograniczone fundusze na wyjazdy połączone ze spędzaniem urlopu na terenie Polski zawsze wydawały mi się powodem, dla którego niewiele rówieśników traktuje rozmowy ze mną jako coś interesującego, a więc tym bardziej o zazdrości nie mogło być mowy.

Okazało się jednak, że moje chodzenie z lustrzanką na szyi fascynuje moje koleżanki, choć z mojej perspektywy, czułam wręcz delikaty wstyd, że to widzą. Nigdy nie czułam się bardzo dobra w robieniu zdjęć i mam świadomość, że bardzo wiele osób robi to dużo, dużo lepiej. Długo walczyłam z moim chorobliwym perfekcjonizmem zanim nauczyłam się jakkolwiek akceptować swoje prace i cieszyć się po prostu nowym hobby, ale nie znam na ten moment lepszej formy autoterapii, która potrafiłaby wyciągać mnie z dołka, gdy natłok natrętnych myśli zaczyna być w mojej głowie zbyt intensywny. Chyba każda forma zainteresowań tak trochę działa i nadaje życiu jakiś dodatkowy wymiar, a w skrajnych przypadkach, nadaje mu nawet sens.

Żeby nie być gołosłowną, poniżej prezentuję kilka efektów mojego wspólnego spaceru z koleżanką:

Kolorowy mural zdobiący nowe silosy zbożowe terminalu HES w Porcie Gdynia na Nabrzeżu Śląskim
Pomnik inżyniera Tadeusza Wendy na Pirsie nr 1 Mola Rybackiego, w tle Dar Pomorza
Makieta Daru Pomorza w skali 1:40 na tle oryginalnego żaglowca szkolnego
Makieta ORP Błyskawicy w skali 1:50 zlokalizowana na Nabrzeżu Pomorskim w rejonie oryginalnego okrętu

A czemu w tytule jest „kojący szum”?

Może „kojący szum” dlatego, że od jakiegoś czasu siedząc w pracy słucham na słuchawkach szumu odkurzacza z dziesięciogodzinnej playlisty na Spotify, który przypomina mi dźwięki mojego dzieciństwa. Być może jest to subiektywne odczucie, ale gdy co jakiś czas słyszę ten monotonny, biały szum mam wrażenie, że znowu leżę przykryta kocem w drewnianym kojcu, a moja mama krąży obok odkurzając dywany. Mój mózg wraca podświadomie do czasów, których nie powinnam już pamiętać i czuję błogi spokój pomieszany z lekką dozą sentymentu. Zauważyłam, że niesamowicie mnie to relaksuje i pomaga mi walczyć w pracy z moją mizofonią, więc zaczęłam się zastanawiać czy nie zacząć słuchać też tego przed snem w domu. Ogólnie polecam spróbować, bo jak to mówią: „Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie”…

A może…

A może „kojący szum” dlatego, że pisząc te słowa na klawiaturze siedzę na kanapie obok Daniela, który gra online ze znajomymi w Star Citizen. Jego komputer głośno szumi, bo „zajeżdża” w tym momencie kartę graficzną latając po przestrzeni kosmicznej i bawiąc się w kosmicznego magazyniera transportuje ładunki cargo między planetami.

Mam nadzieję, że fakt iż to dzielnie znoszę, zaklasyfikuje mnie po śmierci chociaż do Czyśćca. Tak na dobry koniec dnia.

Dodaj komentarz