Okazuje się, że najbardziej depresyjny tydzień w roku potrafi skłonić chyba niektórych do refleksji i wspominania dziejów minionych. Muszę przyznać, że od dawna nie miałam takiego natężenia rozmów z ludźmi, z którymi moje ścieżki zawodowo-towarzyskie już jakiś czas temu się rozminęły.
Wszystko zaczęło się właściwie pod koniec zeszłego tygodnia, gdy zadzwoniłam w ciągu dnia służbowo do koleżanki z poprzedniego miejsca pracy w sprawie prostej wyceny. Nasza rozmowa, która z założenia miała być czysto formalna przeniosła się jednak na czwartkowy wieczór i skończyła konkluzją, że lepiej spotkać się na kawie, zamiast plotkować przez telefon do późnych godzin wieczornych. Ostatecznie umówiłam się z nią i jeszcze jedną naszą wspólną znajomą na niedzielny poranek w Gdyni. Termin osobliwy, ale czemu nie. Śniadania w Gdyni jeszcze nigdy nie jadłam, więc zobaczę czy coś z tego wyjdzie.
Kolejna rozmowa telefoniczna z moją byłą przełożoną z Warszawy też była z założenia formalna i dotyczyła projektu mojego obecnego pracodawcy, który już zakończyliśmy jakiś czas temu. Było dla nas jasne, że gdy inwestycja wejdzie w fazę realizacji to telefony znowu się rozdzwonią i tak też się stało w ubiegły wtorek. Po omówieniu kwestii służbowych, rozmowę zdominowały wątki związane z teraźniejszością i moimi planami na przyszłość. Dostałam delikatną sugestię, że furtka umożliwiająca powrót do poprzedniego pracodawcy nadal jest otwarta i choć na ten moment nie myślę poważnie o takich sprawach i dość sceptycznie oceniam takie puste deklaracje, to jednak z punktu widzenia pracownika etatowego, brzmiało to dobrze i daje mi przynajmniej jakąś iluzję poczucia bezpieczeństwa na rynku pracy, gdyby z jakiegoś powodu powinęła mi się noga.
Dzień później przeszłość znowu puściła do mnie oko i dostałam tym razem wiadomość tekstową od jeszcze dawniejszej przełożonej. Miała dla mnie dziwną propozycję współpracy jako konsultant przy opracowywaniu dokumentacji, z której ostatecznie zrezygnowałam. Zlecenie wydawało się należeć do tych z kategorii „śliskich”, a poza tym trochę absurdalna wydawała mi się idea opiniowania dokumentacji projektowej, która wymagałaby przecież ostatecznie podpisu dwóch projektantów z uprawnieniami budowlanymi. Sam ten fakt powinien eliminować konieczność zewnętrznych konsultacji projektu za opłatą, a jeśli tak nie było, to powód wydawał się jasny, więc sprzedawanie własnego doświadczenia za garść srebrników, byłoby chyba w takim przypadku przejawem naiwności i głupoty z mojej strony. Patrząc tak na to wszystko chłodnym okiem.
No i na koniec wczorajszego dnia, uruchomił się po dłuższym czasie nasz facebookowy chat byłych pracowników z mojej pierwszej pracy po studiach, czyli z małej, polskiej firmy zajmującej się głównie badaniami geologicznymi, która zaczęła mieć ostatnio aspiracje do zatrudniania „konsultantów”, o czym pisałam kilka zdań wcześniej. Nasza wieczorna korespondencja została zapoczątkowana przez koleżankę, która czytając swojemu dziecku wiersz „Lokomotywa” Juliana Tuwima zobaczyła ilustrację do fragmentu o grubasach jedzących kiełbasy i przypomniała sobie naszego ulubionego przełożonego. Podobieństwo było zdumiewająco trafne. Trzeba to przyznać.
Nasza rozmowa (pozostając w żargonie kolejarzy) zboczyła na nowe tory tworzenia wyliczanki najzabawniejszych anegdot z pracy w tym osobliwym miejscu i tak na listę trafiły takie rzeczy jak:
- widniejące przez wiele lat na firmowej tablicy zdjęcie kolegi połączone z fotografią amerykańskiego aktora i podpisem „Oskar Seagal”, ponieważ oboje mieli identyczne rysy twarzy i ciemne włosy związane w kucyk,
- keramzyt wsypany do miseczki imitujący z mlekiem śniadaniowe kuleczki czekoladowe i inne ciasteczka robione z próbek gruntów organicznych, które do złudzenia potrafiły przypominać różne ciasta (częsty kawał naszych geologów),
- grill pracowniczy na działce naszego sąsiada, który posiadał konia, a który to zaczepiał podczas imprezy pracowników i otwierał puszki z piwem zębami, co ostatecznie skończyło się reprymendą od sąsiada za upijanie zwierzęcia i zakazem wstępu na jego teren do odwołania,
- purchawka, którą przyniósł z działki sąsiada mój kolega i schował w lodówce pracowniczej oświadczając, że planuje zabrać ją do domu i przerobić na kotlety,
- epizod z pozostawienia resztek wędzonej ryby na weekend w śmietniku w kuchni, co skończyło się epickim smrodem w poniedziałek i otrzymaniem przez kolegę od ryby ksywy „makrela” (tutaj warto nadmienić, że pan od makreli i purchawki to ta sama osoba),
- historia o koledze, który miał pewne problemy z głową od nadmiernego przyjmowania sterydów i odśnieżał zimą podjazd przed firmą z nagim torsem, bo chciał zaimponować dziewczynom z biura, a jedyne co uzyskał to reprymendę od szefowej,
- historia o pracowniku fizycznym, który pracował w terenie (razem z tym bez koszulki) i kiedyś opowiedział mi, że uczył w szkole religii i skończył studia teologiczne, ale po pół roku w naszej firmie miał dość i postanowił się zwolnić mówiąc mi, że planuje wyjazd do Ameryki,
- historia o tym jak ekipa z terenu spotkała wspomnianego wcześniej „teologa” wracając do domu z badań w województwie zachodniopomorskim, gdy ich auto rozkraczyło się i czekali na lawetę, a przywitał ich facet w habicie przyznając się, że tak naprawdę był ex księdzem i proboszczem w jakiejś parafii, a teraz poszedł do zakonu zamkniętego i żyją sobie hodując własne warzywa na jakimś odludziu,
- wspólne zabawy w wisielca z kolegą geologiem, który miał dysortografię, więc czasami ciężko było z nim wygrać, gdy w haśle na tablicy robił nieumyślnie błędy ortograficzne,
- sytuację, gdy mój przełożony „od kiełbasy” posiadający we własnym gabinecie akwarium poprosił mnie o przytrzymanie wężyka ogrodowego podczas gdy sam poszedł odkręcić wodę w kranie w łazience, co skończyło się spektakularnym „wyskokiem” węża i zalaniem całego pokoju wodą oraz komentarzem, że „węża trzeba umieć dobrze trzymać”, miał szczęście, że tego komentarza nie usłyszała jego wspólniczka i nasza szefowa, bo ten niewinny żarcik, mógłby skończyć się dla niego znacznie gorzej niż cała sytuacja z wodą w gabinecie.
Było wiele, wiele innych anegdot, ale nie wszystko pamiętam, bo od zakończenia pracy w tej firmie minęło już prawie 5 lat. Są też anegdoty i opowieści, które wolę zachować dla siebie, choć do dziś uśmiecham się przypominając sobie pewne wydarzenia. Może przemawia przeze mnie fakt, że jednak się starzeję i patrzę na wszystko z bezpiecznej perspektywy, która sprzyja budowaniu mitów o przeszłości. Mimo wszystko uważam, że najbardziej prawdopodobne uzasadnienie jest takie, że to naprawdę było specyficzne miejsce pracy przez duże „S”, a fakt, że znalazłam się tam bezpośrednio po studiach, był po prostu ironicznym zrządzeniem losu. Trudno z perspektywy czasu powiedzieć, ale sentyment do tej zielonej budy pośród krzaków pozostał.

Dodaj komentarz