Można powiedzieć, że na początku Nowego Roku 2026 udało nam się wygrać w bingo zimowych zjawisk atmosferycznych: od śniegu i zamieci po ostatnią gołoledź i roztopy.

To jest ten wyjątkowy okres w roku, gdy nagle zaczęliśmy się jednoczyć w obliczu wspólnych uciążliwości związanych z białym puchem i lodem. Zrobiliśmy się nieco bardziej wyrozumiali i pomocni, wspólnie narzekamy na pługopiaskarki i lokalnych włodarzy, a potem przesyłamy sobie śmieszne filmiki dokumentujące ułańską fantazję mieszkańców kraju znad Wisły (mój ulubiony to ten film z Moniek położonych na Podlasiu, gdzie grupka wariatów zrobiła sobie kulig wykorzystując do tego łódź). Można powiedzieć, że wspólne zmagania integrują nas bardziej niż święta państwowe i ta nasza cecha narodowa z jakiegoś niezrozumiałego powodu zawsze mnie niezmiernie intryguje i bawi.

W ostatnich dniach wystarczyło tylko spojrzeć porozumiewawczo na osobę oczekującą razem ze mną na pociąg powrotny do domu, żebyśmy oboje natychmiast zrozumieli, że mamy wspólny cel: dotrzeć do drzwi pociągu i nie wywrócić się teatralnie na tyłek przed krawędzią peronu. Pojawiała się miedzy nami nić porozumienia, jakaś troska o drugą osobę i doza uprzejmości, choć wiedzieliśmy, że ten stan jest niezwykle ulotny, bo już po wejściu do SKM-ki znowu zaczynała się między nami niema walka o miejsce do siedzenia. Trzeba było przecież nabrać sił, bo kolejny sprawdzian zręczności czekał nas już przy wysiadaniu za kilkanaście lub kilkadziesiąt minut w zależności od tego, jak daleko od Wolnego Miasta mieszkamy, a co za tym idzie na jaki kredyt hipoteczny było nas często stać.

Czasami mam szczęście (no może nie tylko jest to kwestia szczęścia), dlatego tym razem mogłam obserwować świat za oknem z pozycji siedzącej. Po obfitych opadach śniegu, spadł deszcz, który zamienił się w lód i pokrył cienką warstewką niegdyś puszyste pagórki śniegu. Widok za oknem zaczął mi przypominać biały, lodowy crème brûlée.

Efekt opadów śniegu i późniejszej gołoledzi w Redzie

Ogólnie jestem zdania, że zimowe krajobrazy zbyt często przypominają mi słodkie desery i nie wiem, czy to przypadek, czy efekt mojej diety redukcyjnej. Przez to wszystko zaczęłam odczuwać głód znajdując się dopiero w jednej trzeciej odległości od domu. Pojawiła się frustracja wynikająca ze stopniowego spadku poziomu glukozy we krwi i uaktywniła się mroczna strona mojej osobowości. Drobiazgi zaczęły mnie drażnić dużo szybciej niż zwykle i podświadomie zaczęłam szukać „ofiary”. Okazała się nią nadopiekuńcza kobieta siedząca naprzeciw mnie, która zaczęła wydzwaniać do „kochania” z ostrzeżeniem, że na chodnikach zrobiło się lodowisko, bo widocznie uważała, że jej dziecko samo tego nie zauważy po wyjściu z domu. Żeby nie zagłębiać się mimowolnie w meandry cudzego życia i nie nakręcać dalej tej spirali złośliwości, założyłam na uszy słuchawki i przy utworach zespołu Depeche Mode zaczęłam się zastanawiać jakim cudem przeżyłam dzieciństwo bez telefonu komórkowego i informacji „z pierwszej ręki”, co się dzieje za oknem.

Moje myśli szybko odpłynęły w zupełnie innym kierunku, a po krótkim czasie przebywania w grubej kurtce w ogrzewanym przedziale zapadłam w drzemkę, która towarzyszyła mi już do końca podróży. Coś czuję, że te dojazdy do pracy kiedyś mnie po prostu wykończą.

Awatar Anna Kosss

Opublikowane przez

Dodaj komentarz