Dziś nie szukam dziury w całym. Chwilowo mój styczniowy marazm nieco zelżał, dlatego po serii mroźnych oraz śnieżnych dni w naszej okolicy, postanowiliśmy wykorzystać wspólną, wolną sobotę na wycieczkę nad polskie morze. Wybór padł tym razem na Władysławowo, gdzie według prognoz pogody porywy wiatru miały dochodzić do 70km/h, więc stwierdziliśmy, że będzie na co popatrzeć.
Jedną z największych zalet jeżdżenia nad polskie morze w styczniu przy brzydkiej pogodzie jest mniejsza szansa korków na DW216 i brak problemów ze znalezieniem miejsca do parkowania w centrum nadmorskiej miejscowości. Udało nam się bez problemu zaparkować auto przy ul. Brzozowej, nieopodal portu. Już kilkaset metrów od brzegu słychać było fale uderzające o brzeg, których dźwięk przypominał nam trochę jednostajny szum związany z ruchem ulicznym. Po wyjściu na plażę wyjściem nr 3 od strony ul. Hryniewieckiego, naszym oczom ukazało się wzburzone morze wraz z nielicznymi spacerowiczami i jednym szalonym kitesurferem-morsem, który musiał mieć tego dnia na sobie jakąś kosmiczną piankę surfingową zaprojektowaną chyba przez NASA, bo nie wiem jakim cudem jego strój zdawał egzamin przy takich minusowych temperaturach…

Podczas spaceru nie uniknęłam niestety „delikatnego” zetknięcia z falą z powodu nieuwagi spowodowanej wykonywaniem zdjęcia typu selfie na tle wzburzonego morza (tutaj trzeba mieć wyrozumiałość dla dwójki 35-latków, którzy cieszyli się jak dzieci widząc pierwszy raz w życiu zimowy sztorm nad Bałtykiem). Z tego powodu byłam zmuszona chodzić już do końca dnia w przemoczonych traperach, ale to nie powstrzymało nas przed kontynuowaniem marszu w kierunku falochronu północnego, gdzie dopiero zaczynał się rozgrywać prawdziwy spektakl walki pomiędzy morzem i lądem.

Większość spacerowiczów kończyła swoją podróż w połowie falochronu, żeby nie przemoczyć całego stroju. Zrobiliśmy to samo, co większość, ponieważ Daniel skutecznie ostudził mój zapał dojścia aż do samej latarni nawigacyjnej, a ja przypomniałam sobie ponownie o przemoczonych butach. Z tego powodu wracając w stronę portu skupiłam swoją uwagę na malowidłach przedstawionych na falochronie. Mural powstał na falochronie północnym w 2020 roku na pamiątkę 100. rocznicy zaślubin Polski z Morzem. Rozciąga się na długości około 500 metrów i przedstawia na 70. obrazach historię Władysławowa od jego początków jako osady rybackiej aż po czasy współczesne. Moim zdaniem, prezentuje się zacnie, nawet przy sztormowej pogodzie.

Gdy zakończyliśmy „inwentaryzację” falochronu północnego, postanowiliśmy wydłużyć nieco spacer. Zaproponowałam obejście ogólnodostępnej części portu, żeby zapamiętać jej obecny kształt zanim zacznie się planowana przebudowa. Niestety zdjęcia nie potrafią oddać siły i temperatury wiatru, który prawdopodobnie skutecznie niwelował tego dnia fetor ryb unoszący się zazwyczaj nad przetwórnią przy Nabrzeżu Przeładunkowym.

Ostatnim punktem naszego spaceru po Władysławowie był Dom Rybaka, za którym schowaliśmy się, żeby ochronić się przed wiatrem i wypić w spokoju gorącą herbatę. Od tego mroźnego wiatru straciłam już wtedy prawie całkowicie czucie w wargach.

Po powrocie do auta, zdecydowaliśmy, że zrobimy jeszcze jeden krótki postój w drodze powrotnej do Redy. Zatrzymaliśmy się popołudniu na znanym punkcie widokowym w okolicach Pucka nazywanym „Kaczym Winklem”, gdzie udało nam się zobaczyć zamarzniętą Zatokę Pucką. Widok po tej stronie Półwyspu Helskiego wyglądał dużo spokojniej niż to, co obserwowaliśmy jeszcze godzinę wcześniej w oddalonym o kilkanaście kilometrów Władysławowie…


Zgodnie stwierdziliśmy, że tegoroczna zima prawdopodobnie wyraźnie zapisze się w naszej pamięci, ponieważ ostatnie lata są dosyć ubogie pod kątem opadów śniegu w naszym rejonie. Ostatnie zlodowacenie widziałam na Zatoce Gdańskiej, gdy uczęszczałam jeszcze do liceum w Gdyni. Pamiętam, że na początku roku 2007 roku sama wchodziłam razem z siostrą na lód, który utworzył się przy plaży w Gdyni, zaś ostatnie większe opady śniegu zapamiętałam z zimy na przełomie 2010 oraz 2011 roku, gdy utknęłam w drodze powrotnej z uczelni do domu w Rumi. Od tamtych wydarzeń minęło już przecież 15 lat…
Podsumowując, wypad uznaję za bardzo udany, a bardziej elokwentnego zakończenia tego wpisu nie będzie. Wena skostniała na mrozie i poszła wziąć gorący prysznic.
Dodaj komentarz