Gdy zaczynam nowy rok, zazwyczaj w mojej głowie znowu zaczynają się kłębić myśli związane z tworzeniem podsumowań. To taki okres, gdy powstaje koniunkcja moich dwóch największych wad: nerwicy związanej z koniecznością obsesyjnego analizowania różnych obszarów mojego „ekscytującego” życia i konsekwencji podejmowanych przeze mnie decyzji oraz mojego wrodzonego, słowiańskiego sceptycyzmu.
Widocznym śladem działania tej mieszanki jest moja ponura mina w pierwszych dniach pracy w styczniu oraz podświadome unikanie długich rozmów ze współpracownikami, żeby nie zarażać ich noworocznym Weltschmerz’em w odpowiedzi na życzenia noworoczne.
W tym roku, nie jest inaczej. Po podsumowaniu ubiegłego roku 2025 mam wewnętrzne poczucie, że był, mówiąc oględnie: niewystarczająco satysfakcjonujący. Pewnie znacie to uczucie, gdy generalnie wszystko jest w porządku, ale czujecie ciągle pewien niedosyt. Ja znam je aż za dobrze i choć z jednej strony wiem, że nie mam szczególnie na co narzekać, to z drugiej strony czuję się po prostu nijak. Jestem: trochę smutna, trochę zmęczona, trochę osamotniona i trochę bez zapału do życia, jak wypalona świeczka w kształcie piernikowego ludka, którą dostałam w prezencie świątecznym od Daniela.

Mam też delikatne przeświadczenie, że mój najbardziej beztroski okres życia jest już dawno za mną, a czas przecieka mi przez palce jak przez grube sito do analizy granulometrycznej, co tylko pogłębia tragizm całej sytuacji. Na ten moment, nie mam żadnych konkretnych planów urlopowych, a mój kalendarz wypełniony jest w głównej mierze przez:
- nadchodzące wizyty lekarskie polegające na omówieniu badań, które robiłam z powodu przesłanek i dolegliwości, o których zdążyłam już zapomnieć,
- planowaną hospitalizację na terenie historycznej placówki leczniczej, której mury pamiętają jeszcze czasy Gomułki,
- kosztochłonne wizyty u osoby wykonującej stylizację paznokci, osoby wykonującej usługi fryzjerskie oraz osoby mówiącej mi co mam jeść, jak mam jeść i w jakich godzinach powinnam jeść, żeby było mi lżej na duszy, na nogach i w portfelu,
- dwie ekscytujące konferencje branżowe dla geotechników na południu Polski, z których niewiele pewnie wyniosę poza procentami w krwioobiegu,
- daty urodzenia znajomych, którzy nie pamiętają o moich urodzinach, więc zazwyczaj ograniczam się do składania im życzeń na Messengerze lub w wiadomości SMS (chyba, że to koledzy z pracy, to informacja ta ma realny wpływ na moje comiesięczne planowanie budżetu w Excelu).
I to by było na tyle. Znacząca różnica na ten moment jest taka, że postanowiłam za namową koleżanki powrócić do prowadzenia bloga po wielu, wielu latach przerwy, gdyż ostatni regularny pamiętnik internetowy prowadziłam w czasach studenckich między 2009 a 2011 rokiem, ponad 15 lat temu… Mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się „popracować nad własną głową”, nabrać dystansu i zmienić nastawienie do sytuacji, które mnie spotykają na co dzień. Zobaczę przy tej okazji, czy mój cięty język da się przełożyć na coś ciekawego i wartego czytania, bo to że poświęcę na ten blog mnóstwo czasu, jest już pewne. Oczywiście, o ile znajdę jeszcze wystarczająco dużo zapału i weny, żeby z tej zabawy nie zrezygnować już po miesiącu. Dobre nastawienie to podstawa.
Dodaj komentarz